Wysłany: Sob Mar 06, 2010 13:03 Oda do tego jak miło było :))))
Jak w tytule:) pozdro z Irlandii dla całego festiwalu. Było bardzooooo miłooooo. Wrzucam linki do dwóch filmów które pokazaliśmy na festiwalu.
Film z Projektu Artura Kozłowskiego połączenia dwóch systemów jaskiń : Marble Arch oraz Cascades w Irlandii Północnej:
http://24h.nadajemytv.com...40&origin=video
Film Z solowego Trawersu Khan Tengri Tomasza Czapy Mackiewicza
http://24h.nadajemytv.com...42&origin=video
Pozdro jeszcze raz dla wszystkich. Przemo pozdrów Ryśka od Waldka!!!
jak tam koncert Ryska wczoraj????Nadal nie możemy zapomnieć tego super klimatu Włóczykijowego:)))) Zapraszamy do Irlandii. Looknąć na West coast of Ireland ))
pzdr waldasso
Miło, to za mało powiedziane, ale wyraz oda - pasuje
Dziękując za ... przemiłą i smaczną pod każdym względem włóczykijowską atmosferę, załączam kilka fotek (nie wszystkie udane, ale ilustrują niezwykły nastrój) http://picasaweb.google.p...OczykijMigawki#
_________________ Dla góry są sny o dolinie, istnieją też sny do-liny o górach... .
jak tam koncert Ryska wczoraj????Nadal nie możemy zapomnieć tego super klimatu Włóczykijowego:)))) Zapraszamy do Irlandii. Looknąć na West coast of Ireland ))
pzdr waldasso
Rychu przyjechał z Filipem Gałązką. I było...grubo.
W ogóle ten Rysiek to taki kochliwy i sentymentalny chłopak. Podczas spotkania pięknie opowiadał o swoich przygodach na morzu, o swoim upodobaniu do makreli, dorszy...o fascynacji grupą Kombi...było bardzo intymnie
Przy okazji okazało się, że ojciec Tymona pochodzi z Gryfina, więc narodził się pomysł, żeby w domu, w którym mieszkał zaaranżować jakaś akcję w przyszłości.
Wkrótce powrzucam jakieś fragmenty video na "jutuba".
pozdrowienia waldassssie dla wszystkich bliskich, a szczególnie dla Artura!
_________________ "Czy nie słyszysz, jak obłok porusza się senny?
Jak noc ciszą pogłębia dna ciekawy strumień?(...)"
jak tam koncert Ryska wczoraj????Nadal nie możemy zapomnieć tego super klimatu Włóczykijowego:)))) Zapraszamy do Irlandii. Looknąć na West coast of Ireland ))
pzdr waldasso
Rychu przyjechał z Filipem Gałązką. I było...grubo.
W ogóle ten Rysiek to taki kochliwy i sentymentalny chłopak. Podczas spotkania pięknie opowiadał o swoich przygodach na morzu, o swoim upodobaniu do makreli, dorszy...o fascynacji grupą Kombi...było bardzo intymnie
Przy okazji okazało się, że ojciec Tymona pochodzi z Gryfina, więc narodził się pomysł, żeby w domu, w którym mieszkał zaaranżować jakaś akcję w przyszłości.
Wkrótce powrzucam jakieś fragmenty video na "jutuba".
Ech jak sie patrzy na te focinki:))) taka mała uwaga moze dobrz byłoby aby prelegenci byliby odwróceni do publiczności twarza plus moze jakos delikatnie oświetleni ???
zaraz pozdrowie Artura. Gdzies tam siedzi w dziurze na zachodnim brzegi Ire ))) a ja nie mam samochodu auuuuuuu
pozdrowienia waldassssie dla wszystkich bliskich, a szczególnie dla Artura!
Włóczykij odszedł już niestety, by snuć plany następnych niesamowitych podróży…pozostało przecież tyle dróg i dróżek do wydeptania, mórz do opłynięcia, szczytów do zdobycia, eksploracja jaskiń, wędrowanie po piaskach pustyni, dzikich ostępach, grożących zejściem lawiny górach, pył, dym, pot i kurz, a w zamian dzika radość, oczarowanie i poczucie nieskrępowanej niczym wolności. Pozostawił zastrzyk pozytywnej energii, cudowne wspomnienia, tęsknotę i na pewno odrobinę żalu, który jak cień towarzyszy nam zawsze, gdy kończy się coś wspaniałego. Pora więc odsłonić jego kulisy, poszukać w zakamarkach pamięci odczuć, rozsupłać, wysypać wrażenia jak z uchylonego worka pełnego nęcących niespodzianek i poddać się wspomnieniom…
Są takie dni na które się czeka, wyjątkowe, radosne, są pośród zimy, pośród szarości blokowisk, pośród tej całej tęsknoty za zielenią, za wiosną, do Gryfina zdąża wtedy niezmordowany trudami podróży Włóczykij. W rzadkich chwilach odpoczynku siada pod rozłożystym zielonym drzewem, karmiąc się owocami nieznanego, spod kapelusza wyziera ogorzała od słońca, wiatru i mrozu twarz, zdejmuje podróżne trampki, leczy odciski i pęcherze na zmęczonych stopach, uśmiecha się do swoich wspomnień i zastanawia, jak przekazać swą opowieść innym...
Włóczykij nie ma kompasu i mapy, raz do roku (a nawet częściej ) wszystkie drogi prowadzą przecież do Gryfina, uroczego miasta z widokiem na przepiękną krainę zwaną Międzyodrzem. Czy mogło być bardziej magiczne miejsce na spotkanie podróżników?
Zabiera on po drodze wszystko, co stanowi kwintesencję piękna: cudowność krajobrazów, heroizm podróżników odwiedzających najbardziej zapomniane zakątki świata, ukazuje biedę, prostotę i życzliwość ludzi żyjących pod gorzkim jarzmem wojskowego reżimu, tęskniących za wolnością, jak tęskni się za szklanką wody w upalne przedpołudnie, dla nas to tak naturalne, że na co dzień o tym nie myślimy, że gdzieś pod inną szerokością czy długością geograficzną może być inaczej.
Czekają na niego ci wszyscy, których poruszają krainy, które odwiedza, wyzwania jakie podejmuje, egzotyka, podróż, która jest wyjściem z rzeczywistości, dystansem, ucieczką od miarowego tykania zegara, który bezlitośnie odmierza czas. Dzięki temu, że przybywa można nonszalancko poddać się tej fascynującej koegzystencji światów, jesteśmy niby tu i teraz, a jednocześnie w tym samym czasie gdzie indziej. I czekają cały rok na to spotkanie, słuchają, a za rok zafascynowani wracają.
Włóczykij to niekończąca się opowieść. Zlepek anegdot, spotkań z podróżnikami, przypadkowymi ludźmi, niemal namacalna bliskość innych kultur, dreszcz niezwykłego, pokonywanie własnych słabości, dzikie zapasy z kaprysami pogody. Spotkanie z filmami z całego świata (w tym roku piękne: „Ciche światło Carlosa Reygadasa czy "Gorzkie mleko" Claudii Llosy), nocny rajd na orientację o ekstremalnym posmaku, odkrywanie skarbów ziemi na której żyjemy (niesamowite miejsce , to będący w stanie remontu Kościół Mariacki w Chojnie, aż chce się by ten remont trwał w nieskończoność, ta pustka wysokich ścian, akustyka, rusztowania, tam powinno nakręcić się jakiś fascynujący film )
energetyzujące koncerty (Vavamuffin, TABU, Małe Instrumenty, Bajzel)
i cudowna, radosna atmosfera, której chyba nie da się z niczym porównać.
Czym jest dla podróżników? Na pewno w jakimś sensie spina podróż, pozwala od niej uciec, oddalić się, zamknąć, usytuować ją w teraźniejszości. Chyba już w jej trakcie w środku nich dojrzewa opowieść, a ostateczny kształt zamyka się w prezentacjach, choć przecież nie o wszystkim można opowiedzieć. I gna ich stale do przodu ten niepoprawny wiatr włóczęgi, nie pozwalając usiedzieć dłużej w jednym miejscu, bo nieraz tuż po powrocie w ich głowach kiełkują zalążki planów następnych podróży.
Podróż to rozkoszny dotyk przestrzeni, ona się droczy, przybliża, oddala, każe na siebie czekać, tęsknić, mami iluzjami, daje się pokonać i … pozostaje wciąż niepokonaną. Włóczykij to zderzenie ze światem nam obcym, z kulturami, których zwyczaje często wzbudzają uśmiech, myślę, że nie dlatego, że uważamy się za lepszych, tylko że przerastają one nasze wyobrażenia, tak samo jak fakt, że bywają na skraju świata ludy, które nie słyszały nawet o tworze zwanym Europą, że cały ich świat to przestrzeń, która ciągnie się hen za horyzont i zdziwieni napotykają na coś takiego, jak granica, gdzie wymaga się od nich okazania dokumentów, których nie mają, nie wiedzą co to pesel, dowód osobisty...
Wędruje nie tylko po bezdrożach, dociera do tak ekscytujących miejsc jak bazar, targ, w wielkich, tętniących życiem miastach to ośrodek będący pomieszaniem kultur to serce, które bije, mieszanka zmysłów, smaków, kolorów, zapachów, różności, to puls miasta, okolicznych wiosek, bogactwo urodzajnej ziemi. Sam przynosi feerię smaków kuchni całego świata, w tym roku pozwolił rozsmakować się w kuchni wietnamskiej, tureckiej i włoskiej.
Nie wspominając o rodzimym smaku kuchni „seta i galareta” na stołach Balu Włóczykija
Często inspiracją do podróży są ci, którzy odbywali ją w znacznie gorszych, wymagających warunkach, nie mieli dostępu do najnowszych technologii, jak Kazimierz Nowak, który w latach trzydziestych ubiegłego stulecia przejechał rowerem samotnie piękną i pełną niebezpieczeństw Afrykę, a potem przypłacił to życiem czy uczestnicy pierwszej polskiej wyprawy w Himalaje: Jakub Bujak i Janusz Klarner, zakończonej zdobyciem góry Nanda Devi East. Zapisali się na kartach historii, o której rzadko kto dziś by pamiętał, gdyby nie ci wspaniali współcześni naśladowcy,
którzy zdążają ich śladem: w prezentacji Jana Lenczowskiego ”70 lat polskiego himalaizmu” jest taki moment, nie udało się zdobyć szczytu, był w zasięgu ręki i schodzą na dół, bo jeden z nich choruje, potem jest za późno, zmieniają się warunki pogodowe. Ktoś inny byłby załamany, a na końcu słyszę, że za 5 lat jest 75 rocznica, coś wspaniałego.
Nie sposób chyba ocenić prezentacji, są tak różne, zresztą nie wszystkie udało mi się obejrzeć, każda ma w sobie coś, choć mnie porusza chyba najbardziej poetyckość, liryczna nuta, jakaś taka trudna do uchwycenia słowami magia i radość, pasja, kiedy można przenieść się choć na chwilę w zupełnie inny świat, zachłysnąć się nim do utraty tchu. Magiczna była zielona wyspa Islandia (Piotr Owczarski, Cezary Pawłowski), kraina utkana z oceanów i mgieł, magiczna była muzyka do prezentacji, widoki, które oczarowują. Jej spokój, jak gładki jest spokój tafli oceanu.
Piękno wyłaniało się z opowieści Pana Olka Doby „Kajakiem dookoła Bajkału”, który samotnie kajakiem opłynął cudowne słodkowodne jezioro Bajkał, (choć właściwie słowo jezioro jest traktowane przez okolicznych mieszkańców jak obraza, to jezioro to święte morze Syberii), z jedynymi na świecie bajkalskimi fokami nerpami i rybą omul, i częstowany bogato wódką ze słowiańską gościnnością jak herbatą konsekwentnie odmawiał, za to nie mógł oprzeć się zdjęciom z niedźwiedziami, brunatnymi, ale nie tylko
Chyba najbardziej poruszyła mnie prezentacja Jakuba Królikowskiego o Birmie, potem późnym wieczorem obejrzałam film „Birma VJ” w reż. Andersa Ostergaard i zrobiło się jakoś mniej wesoło. Kiedy widzi się biedę, zniewolenie, dramatyczną sytuację tych ludzi, zaczyna się czuć zdecydowanie mniej komfortowo, że oto siedzimy sobie w kinie, umoszczeni wygodnie w fotelach i oglądamy to jak coś, co dla nas tchnie egzotyką.
A żywioł, spontaniczność, bakcyl, pasja? to B.A.S.E. jumping, (prezentacja Aleksandra Domalewskiego), czyli mało w Polsce, zresztą nawet na świecie znana dyscyplina skoki ze spadochronem chyba z wszystkiego co się da, kosztowny sport, który zabiera czasem życie, ale daje tyle radości i przyjemności, będąc chyba spełnieniem odwiecznych ludzkich marzeń o lataniu, zniwelowaniem różnic dzielących nas od skrzydlatego ptaka, symbolicznie ujętych w mit o Dedalu i Ikarze, ten kawałek spadochronu to daleki od doskonałości, ale jednak łącznik między niebem i ziemią…
A dzięki Beacie Jakuszewskiej „Tribi Sun: saharyjskie serca” można było pogmerać stopą w pustynnym saharyjskim piasku, zobaczyć pustynię, daleką od wyobrażeń o ciągnącym się piaszczystym bezkresie, zmienną, o różnych formach, a najczęściej kamienistym dnie. Pustynia nie jest ciszą, jest szmerem przesypywanego piasku, jest szelestem wiatru, jest bogactwem. Ona żyła wśród Nomadów i Berberów, w kontakcie z nimi odkryła że dom mieści się w sercu, zabieramy do niego wszystkich tych, których spotkamy w swoim życiu, których kochamy, nie muszą z nami obcować na co dzień, życie to przecież nieustanne rozstania i powroty…
A jeśli ktoś jest spragniony wrażeń prawdziwej włóczęgi, szwendania się po zaułkach, gdzie rozsądny człowiek nie zagląda, a diabeł mówi dobranoc, ciekawy świata, osób, które nie mają dachu nad głową, żyją z dnia na dzień, na dworcach, zaułkach, obrzeżach przytuleni do różnych ciekawych i mniej ciekawych miejsc, mógł pobłąkać się po mroźnej Syberii, a wcześniej po Rosji łazikiem z Jackiem Hugo-Baderem. Jak na duszę samotnika to potrafi załapać znakomity kontakt z publicznością
I nasze prezentacje regionalne, perełki na tym tle, ludzie, którzy zarażają miłością do ojczystej ziemi, dzięki którym można cofnąć się w czasie, poznać lepiej to co wokół, łyknąć bakcyl historii, poznać smak wykopalisk, oczekiwanie na znalezienie ukrytych skarbów, rozczarowanie mijającymi dniami, kiedy nie udaje się niczego znaleźć i wielką radość, gdy pojawi się ukryty głęboko przy kaplicy grób templariusza.
Ludzie, którzy znają ziemię na której żyją jak własną kieszeń, widzą najdrobniejszą nawet, niedostrzegalną dla innych zmianę pod wpływem zmiany pór roku, którzy z determinacją walczą by ta ziemia była coraz piękniejsza, nie wszystko da się ubrać w słowa. Znam tych ludzi, a ich wystąpienia mają szczególne miejsce w moim sercu.
A na koniec człowiek, który wręcz hipnotyzuje swoimi podróżami-przygodami, tego się nawet nie da przekazać, to coś niesamowitego, myślałam, że po zeszłorocznej, ekstremalnie niebezpiecznej wyprawie po nietkniętej ludzką stopą dżungli Minkebe w afrykańskim Gabonie, nie jest w stanie mnie niczym zaskoczyć, a tu w tym roku występował w ramach Włóczykija dwukrotnie i za każdym razem jego opowieści wbijały w fotel. Ten człowiek to Andrzej Muszyński. Jego opowieści niczym z baśni tysiąca i jednej nocy są zanurzeniem się w bajorach Kambodży, łyknięciem klimatu najbardziej suchej pustyni świata Atacamy, gdzie szwendał się samotnie zdany tylko na własne siły i potrafił przyznać się, że były chwile, gdy zwyczajnie się bał o własne życie. Bogato ilustrowane opowieści, o ostatnim bastionie czerwonych khmerów w Górach Kardamonowych, które mrożą krew w żyłach, wywołują przyspieszone bicie serca, tak jak opowieść o dziewczynie, która wychowała się w dżungli, a teraz przypomina przerażone zwierzątko bardziej niż człowieka. Fascynuje i mam nadzieję, że za rok znowu będzie można znów dać się oczarować
I co tu kryć ogromne podziękowania dla Fluxia, wolontariuszy, całego GDK-u, tych wszystkich bez których Włóczykij nie byłby możliwy.
_________________ Kobiety mają to do siebie, że tam, gdzie dłużej przebywają wnoszą zawsze coś z piękna.
A tu, krótki fragmencik ze stronki Andrzeja Muszyńskiego o Włóczykiju
2010-03-07
W piątek za sprawą opóźnień PKP wpadłem do kinowej sali w Gryfinie na minutę przed godziną rozpoczecia pokazu. Po prelekcji Przemek Lewandowski, spiritus movens całego przedsięwzięcia, wręczył mi w imieniu organizatorów statuetkę Włoczykija, przyznawaną rokrocznie dla autora najciekawszej prezentacji (choć do końca nie wiem czy to jedyne kryterium). Bardzo, bardzo dziekuję! Ludzie w Gryfinie są mistrzami w robieniu atmosfery. Tak swojsko jak tam nie ma na żadne innej imprezie w Polsce.
_________________ Kobiety mają to do siebie, że tam, gdzie dłużej przebywają wnoszą zawsze coś z piękna.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach